Piąty dzień

Ciąg dalszy.
Uciekam przed schizofrenią emocjonalną mężczyzny, w którym pokładałam nadzieję. Widzę, wciąż widzę w jego sercu światło, ale za bardzo się boję. Pokazał mi co potrafi, a jeszcze tak krótko się znamy. Kpiny, drwiny, wyzwiska, potem przeprosiny i w końcu szantaż emocjonalny. Wiem ile kosztuje uwolnienie się od toksycznej energii osoby, która raz kocha, a raz niszczy i nienawidzi. Widziałam to już, patrzyłam jak ktoś taki rani bliską mi osobę. Wystarczy. Doświadczać nie chcę. Mam ochotę wyskrobać sobie serce nożem kuchennym.
Nie wiem czy tabletki antydepresyjne pomagają mi w przeżywaniu porażki, czy gnębią bardziej. Ostrzegano mnie, że na początku mogę czuć się gorzej. Ja i on czujemy się tak samo. Obydwoje jak na kacu. On - bo realnie cierpi, w jego mniemaniu to ja go zraniłam, ja - bo na spontanie wpakowałam się w iluzję.
Tabletki mnie wyciszają. Gdzieś bokiem uchodzi ze mnie gniew. Jestem smutna, ale nie przeżywam tego tak dramatycznie.
Mam dużą potrzebę snu. Śpię gdzie tylko się da i kiedy się da. Żyję po to, by spać. Czekam na dalszy ciąg. Na lepsze jutro. Na jakiś cud, nową energię, która mnie obudzi.