my ordinary day

Spoglądam zza zmrużonych powiek przez listki melisy. Czas wstawać, o czym informuje mnie już to pęcherz, już to koty tłukące się w klatce. Specjalnie odwlekam moment karmienia, żeby nie skojarzyły mojego wstawania z jedzeniem. Gorący prysznic, szybkie, niechętne śniadanie. Większe ze sobą, do torby. Suszenie włosów, łykanie tabletek. Nadprogramowo rutyna, witamina ce i paracetamol. Szybkim krokiem w stronę przystanku. Trudno iść szybkim krokiem, kiedy wkoło tyle nęcących barwami liści. Podnoszę tylko pięć i widzę numery oddalającego się autobusu. Dzwonię, że się spóźnię, że są korki. Mam rację, bo we Wrocławiu o tej porze zawsze są korki.
A ja mam korek na ścianie w wynajmowanym pokoju. I Korkiego Taczer w klasie. Ma na imię Damian, ale zdrabniamy jego imię "Demonek".

7:30 - Demonek wchodzi do klasy z naburmuszoną miną. Oho! Lewą nogą wstał Demonek. Właśnie się idzie pobić z kolegą, który go wczoraj nieumyślnie popchnął. Pani towarzyszy mu niczym cień. O krok za nim ciałem, o krok przed nim duchem.

8:00 - Demonek wkurwiony, że pani nie pozwoliła mu się pobić z kolegą, miota się, wymachuje rękami i kopie. "Masz mnie natychmiast puścić! I żeby mi to było ostatni raz, bo pożałujesz!" wrzeszczy do pani czerwony z wysiłku. "Wszystkich was nienawidzę! NIE! NA! WI! DZĘ!". Spóźnione matki z niepokojem patrzą na panią, trzymającą od tyłu wijącego się w dzikich spazmach Demonka. "Odsuńcie się od niego, dzieci" mówi opanowanym głosem (tabletki ziołowe Labofarm) pani. Poinstruowane dzieci nie śmieją się, nie patrzą w jego stronę. Pani czeka aż mały się zmęczy, ale wygląda na to, że się nie doczeka. Trzeba odwrócić jego uwagę.

Jeden-dwa, jeden-dwa.
Pewna pani miała psa.
Trzy-i-cztery, trzy-i-cztery
pies ten dziwne miał maniery.
Pięć-i-sześć, pięć-i-sześć
wcale kości nie chciał jeść
siedem-osiem, siedem-osiem
wciąż o lody tylko prosił
dziewięć-dziesięć, dziewięć-dziesięć
kto mu lody te przyniesie?

Ja! Ja! - zgłasza się Demonek i siódemka innych dzieci. Pani mówi, że wybiera najgrzeczniejsze i pokazuje Zuzię. Zuzia zaczyna od nowa wyliczankę. Demonek ma pani za złe, że go nie wybrała. "Przecież byłem grzeczny!" mówi obrażony. Pani pyta czy uspokoił się już na tyle, by go puścić. Demonek potwierdza. Pani wypuszcza dziecko. Demonek wylicza razem z resztą klasy. Tym razem pani wybiera Demonka, żeby nagrodzić go za ładne zachowanie. Zastanawia się, czy aby to dobra strategia, bo wszyscy pamiętają jeszcze jak dziesięć minut temu walił pięściami na oślep. Wie jednak, że Demonek nie wytrzyma kolejnej "niesprawiedliwości" pani.

8:30 - dzieci jedzą śniadanie. "Mam jabłuszko, proszę pani, niech pani zobaczy, mam jabłuszko!" - żąda uwagi Demonek, podczas gdy pani usiłuje sprawdzić obecność i wpisać temat zajęć. "PROSZĘ PANI! DANIEL MNIE UDERZYŁ!" - dociera do niej nagły krzyk. Szlag! Kiedy zdążył wyjść z ławki? Przecież siedzi w pierwszej! W ostatniej ławce nie lubią Demonka i na wszelkie sposoby usiłują mu dokuczyć. Łebskie dzieciaki widzą, że coś jest z nim nie tak. Ciągle psuje im zabawę, nie rozumie lub nie akceptuje zasad najprostszej zabawy. Nie ma markowych ciuchów, dziwnie się zachowuje, biega jak trzylatek, małymi kroczkami i z podkurczonymi ramionami. Łatwo go wkurzyć. Cały dowcip polega na tym, by zrobić to poza zasięgiem wzroku pani. Nawet małe dzieci zbierają się w nienawistny tłum, który chętnie zatłucze kozła. I właśnie to się dzieje. Tamci i tak są na wygranej pozycji, bo nie wolno się bić, tak stoi w regulaminie, który wszystkie dzieci podpisały palcem umoczonym w farbie.

9:15 - Zajęcia dydaktyczne. Demonek nie robi zadania. Pani podchodzi i pyta czy wie jak ma zrobić zadanie. "Nie będę robił tego zadania!" - mówi zdecydowanie Demonek. Próba wyperswadowania zadania to strata czasu. Pani ucieka się do podstępu i ogłasza konkurs na najpiękniej wykonane zadanie. Dzieci biorą się do pracy ze zdwojoną energią, Demonek olewa. Wychodzi z ławki i zaczepia dzieci, trąca ich w ramię i ucieka, próbując namówić, by go goniły. Z najodleglejszego końca klasy robi małpią minę i śmieje się głupkowato. Dwójka chłopców o najsłabszych charakterach zaczyna się kręcić na swoich miejscach. Lada moment do niego dołączą. Pani opanowuje sytuację. Pod koniec pracy okazuje się, że D. nie ma dziś ołówka, co jest dla niego oczywistym powodem do odmówienia pracy.

10:15 - szybko na dwór, zanim pani wybuchnie. Kilkoro dzieci wymaga pomocy, dwoje założyło buty na złą nogę, jeden założył kurtkę górą na dół. Pani zastanawia się jak to możliwe. A jednak. Proszę mi zawiązać szalik. Zgubiłem kluczyk! Proszę pani, on powiedział na mnie "dureń"! Trzeba jeszcze wziąć chusteczki, mokre i suche. Gdzie są klucze od placu zabaw? Cholera. Proszę pani, Demonek wyszedł na schody sam! Pani nie ma czasu brać czterech wdechów i wydechów. Leci po Demonka.

10:40 - Dzieci się bawią po instrukcjach od pani: nie wolno zwisać głową na dół, zjeżdżać na śledzia ze zjeżdżalni, wchodzić na zjeżdżalnię inną drogą niż schodki, bawić się w berka na wysokich urządzeniach. Zamknęła drzwi i oddycha. Kątem oka zauważa, że Demonek nie zmienił obuwia i właśnie wbiegł w największą kałużę obuty w sandały.

11:30 - klasa myje ręce i ustawia się w pary na obiad. Demonek na końcu zaczyna się przepychać z kolegami, twierdzi że stał przed nim. Trzeba mu wymierzyć karę, że tak bezczelnie się wepchał. Pani już tam jest. 1:0 dla Demonka, trzeba było od razu brać go na przód. "Dzieci ze żłobka lepiej się zachowują" - strofuje chłopca pani.
W połowie drogi Demonek nie chce trzymać pani za rękę. Chyba dotarł do niego sens jej słów. Postanawia, że najlepsza pozycja na ten moment to siad w kucki. Pani ciągnie Demonka przez połowę korytarza. Demonek dostaje szału. Chóralne "DZIEŃ DOOOO..." przeplata się z "NIENAWIDZĘ!". Pani wyprowadza D. ze stołówki, gdzie klasę przejmuje druga pani. Jak dobrze, że jest druga pani. Po obiedzie czeka już na Demonka, pardon Damianka, mamusia. "I jak tam dziś Damianek?" - pyta. Pani nie wie co odpowiedzieć.

Po pracy szybko do weterynarza. Na Legnickiej czeka się dwie godziny w kolejce - czasem płaci się, nie pieniędzmi, za troskę o pupila i trafną diagnozę. Po pół godzinie wszyscy się w kolejce już znamy i wymieniamy uwagami - kociarze kocimi, psiarze psimi. Lekarz wygląda z gabinetu i prosi o zachowanie ciszy. Uciszamy się, spłoszeni.
Besia kradnie serca jedno za drugim, zupełnie niechcący. Tylko chce się troszkę pomiziać. Wyciąga łapki, chwyta nimi moją twarz. Zagląda w oczy, daje buziaka. Ociera się policzkiem o policzek. Ugniata łapkami kolana. Kręci w kółko aż znajdzie dobre miejsce, kładzie czarny pyszczek na łapach i spogląda zalotnie na pacjentów i opiekunów. Opiekunowie rozmiękczeni, wtapiają się w niewygodne krzesła. Rozdaję numer telefonu "Mamy 64 koty do adopcji..." Odstawiam kotkę na miejsce i wreszcie mogę jechać do domu. Sprzątam kuwetę, nakładam zmieloną wołowinę, która zdążyła się już odmrozić. Sama jem ryż z warzywami. Piję kawę, ale w połowie zasypiam.
Budzę się z odgniecionym policzkiem, na dworze ciemno.
Nie wiem która godzina. Is it time for sleeping yet? No. No. No. No. No. No.