M.O.

Dwa tygodnie objawów podobnych do grypy, a po nich zaburzeń kardiologicznych, dwa tygodnie snucia się resztkami sił po przychodniach i izbach przyjęć, gdzie jestem o mały włos od złapania świńskiej grypy. Lekarze patrzą na mnie jak na idiotkę, wyniki badań mam wzorcowe. Nie mogę złapać oddechu. Kręci mi się w głowie. Serce trzepocze. Mogę tylko leżeć. Sprzątanie, zakupy, spacer po parku są ponad moje siły. Zapominam gdzie coś położyłam, co miałam zrobić, zostawiam nowy laptop w tramwaju. To ostatnie przeżywam szczególnie. Kłamię ojcu, że potrzebuję numer MAC i dokładne dane komputera na papierze, bo coś się zepsuło... Nie umiem mu powiedzieć, że tak głupio go straciłam. Kontaktowanie się z zajezdniami i z policją jest niczym przybijanie gwoździ do trumny. Zapisuję rzeczy na karteluszkach, które gubię. Mam lęki. Małe porażki przezywam gorzej od śmierci. Śpię jakbym nigdy nie spała. Śpię jakby w snach miało nadejść zbawienie. Nie chodzę do pracy i nie wiem jak długo to potrwa.
Zbawienie chyba w końcu nadchodzi, wykorzystałam jakiś roczny limit snu. Zaczynam się ogarniać, sprzątam na półkach - w domu i w głowie. Jestem spokojniejsza, wracam do pracy. Kiedy pracuję, trzymam się prosto. W domu jakby ktoś podciał mi nogi. Nie daję się. Biorę suplementy, piję więcej wody zamiast kawy. Uczę się oddychać. Tworzę sobie bazę filmów "rescue". Tworzę plan niezbędnego minimum do wykonania na jeden dzień. Wracam do nauki angielskiego. Coraz lepiej się skupiam. Spotykam się z ludźmi. Jakiś mężczyzna podrywa mnie na przystanku. Dziwne objawy mijają same. Mimo że czuje się dobrze i zupełnie wracam do formy, chyba jakiś geniusz we mnie umawia wizytę do psychologa.
Opowiadam o tym co było. Opowiadam spokojnie, bez stresów, płaczu, prawie na zimno. Łatwo mi. Właśnie poznałam kogoś w sieci. Jestem zupełnie pewna, że widzę wyraźnie, kryształowo. Że widzę kształt miłości. Całkowicie ufam sobie.
Psycholog, to psychiatra właściwie stwierdza depresję. Jestem zaskoczona, że objawy somatyczne są jej częścią. Wracam do domu z tabletkami i jakąś wizją przyszłości. Ja nie wiem skąd się bierze depresja. Ale wiem że walczę o siebie. Oddaję nowopoznanemu serce ot tak, bardzo łatwo. Sama siebie zaskakuję. Wystawiam się na cios. Stawiam wszystko na jednej szali. Widzę jak waga zaczyna się chwiać. Ciąg dalszy nastąpi. Zawsze są jakieś dalsze ciągi.