M.O.

10 kwietnia 2015, 08:18 Komentuj (0)

Dwa tygodnie objawów podobnych do grypy, a po nich zaburzeń kardiologicznych, dwa tygodnie snucia się resztkami sił po przychodniach i izbach przyjęć, gdzie jestem o mały włos od złapania świńskiej grypy. Lekarze patrzą na mnie jak na idiotkę, wyniki badań mam wzorcowe. Nie mogę złapać oddechu. Kręci mi się w głowie. Serce trzepocze. Mogę tylko leżeć. Sprzątanie, zakupy, spacer po parku są ponad moje siły. Zapominam gdzie coś położyłam, co miałam zrobić, zostawiam nowy laptop w tramwaju. To ostatnie przeżywam szczególnie. Kłamię ojcu, że potrzebuję numer MAC i dokładne dane komputera na papierze, bo coś się zepsuło... Nie umiem mu powiedzieć, że tak głupio go straciłam. Kontaktowanie się z zajezdniami i z policją jest niczym przybijanie gwoździ do trumny. Zapisuję rzeczy na karteluszkach, które gubię. Mam lęki. Małe porażki przezywam gorzej od śmierci. Śpię jakbym nigdy nie spała. Śpię jakby w snach miało nadejść zbawienie. Nie chodzę do pracy i nie wiem jak długo to potrwa.
Zbawienie chyba w końcu nadchodzi, wykorzystałam jakiś roczny limit snu. Zaczynam się ogarniać, sprzątam na półkach - w domu i w głowie. Jestem spokojniejsza, wracam do pracy. Kiedy pracuję, trzymam się prosto. W domu jakby ktoś podciał mi nogi. Nie daję się. Biorę suplementy, piję więcej wody zamiast kawy. Uczę się oddychać. Tworzę sobie bazę filmów "rescue". Tworzę plan niezbędnego minimum do wykonania na jeden dzień. Wracam do nauki angielskiego. Coraz lepiej się skupiam. Spotykam się z ludźmi. Jakiś mężczyzna podrywa mnie na przystanku. Dziwne objawy mijają same. Mimo że czuje się dobrze i zupełnie wracam do formy, chyba jakiś geniusz we mnie umawia wizytę do psychologa.
Opowiadam o tym co było. Opowiadam spokojnie, bez stresów, płaczu, prawie na zimno. Łatwo mi. Właśnie poznałam kogoś w sieci. Jestem zupełnie pewna, że widzę wyraźnie, kryształowo. Że widzę kształt miłości. Całkowicie ufam sobie.
Psycholog, to psychiatra właściwie stwierdza depresję. Jestem zaskoczona, że objawy somatyczne są jej częścią. Wracam do domu z tabletkami i jakąś wizją przyszłości. Ja nie wiem skąd się bierze depresja. Ale wiem że walczę o siebie. Oddaję nowopoznanemu serce ot tak, bardzo łatwo. Sama siebie zaskakuję. Wystawiam się na cios. Stawiam wszystko na jednej szali. Widzę jak waga zaczyna się chwiać. Ciąg dalszy nastąpi. Zawsze są jakieś dalsze ciągi.

Piąty dzień

16 kwietnia 2015, 08:05 Komentuj (0)

Ciąg dalszy.
Uciekam przed schizofrenią emocjonalną mężczyzny, w którym pokładałam nadzieję. Widzę, wciąż widzę w jego sercu światło, ale za bardzo się boję. Pokazał mi co potrafi, a jeszcze tak krótko się znamy. Kpiny, drwiny, wyzwiska, potem przeprosiny i w końcu szantaż emocjonalny. Wiem ile kosztuje uwolnienie się od toksycznej energii osoby, która raz kocha, a raz niszczy i nienawidzi. Widziałam to już, patrzyłam jak ktoś taki rani bliską mi osobę. Wystarczy. Doświadczać nie chcę. Mam ochotę wyskrobać sobie serce nożem kuchennym.
Nie wiem czy tabletki antydepresyjne pomagają mi w przeżywaniu porażki, czy gnębią bardziej. Ostrzegano mnie, że na początku mogę czuć się gorzej. Ja i on czujemy się tak samo. Obydwoje jak na kacu. On - bo realnie cierpi, w jego mniemaniu to ja go zraniłam, ja - bo na spontanie wpakowałam się w iluzję.
Tabletki mnie wyciszają. Gdzieś bokiem uchodzi ze mnie gniew. Jestem smutna, ale nie przeżywam tego tak dramatycznie.
Mam dużą potrzebę snu. Śpię gdzie tylko się da i kiedy się da. Żyję po to, by spać. Czekam na dalszy ciąg. Na lepsze jutro. Na jakiś cud, nową energię, która mnie obudzi.

Dzień ósmy

19 kwietnia 2015, 14:55 Komentuj (0)

Zapamiętałam fragment snu. Wolałabym nie pamiętać, ale patrzę na to optymistycznie. Zapamiętałam, czyli odpoczywam. Nie wpadam w czarną otchłań tylko jestem gdzieś. W czasie, przestrzeni, w myślach, w obrazach.
Chodzę do pracy i pracuje mi się rewelacyjnie. Jestem spokojna i skupiona. Dzieciaki przytulają się do mnie nie wiedząc, że ratują mi tym życie. Uśmiecham się do nich z prawdziwą wdzięcznością.
Potem w tramwaju drętwieję. Wchodzę po schodach i jestem w domu. Rozpierdol w pokoju. Lodówka, w której psuje się nietknięte jedzenie. Karmię i poję koty, zmieniam żwir. Zamiatanie wyczerpuje limit moich możliwości fizycznych na ten dzień. Odpływam czekając na następny dzień. Życie się wymyka.

Dzień 10

21 kwietnia 2015, 06:05 Komentuj (1)

Budzę się otoczona kotami. Łapka na twarzy, głowa pod moją dłonią. Jeden z prawej, jeden z lewej, jeden na mnie. Poranek się mną opiekuje. Głaszczę futro zastanawiając się czy to na pewno moja ręka. Dotykam siebie, żeby poczuć różnicę. Słabo. Mam niższe napięcie mięśniowe. Ciało jest trochę obce. Słabną bodźce. Menstruacja przyszła bezbolesna.
Dotąd prawie nie jadłam. W niedzielę pierwszy sensowny posiłek. Wczoraj obiad. Odczytuję to za plus. A to co w sercu? - pytam. W drodze do i z pracy namierzam młodych dobrze zbudowanych mezczyzn i wszystkich ludzi w spodniach moro. Mechanicznie. Myśli zajmują mi niewydarzone wydarzenia.

archiwum

  • 2018

  • 2017

  • 2016

  • 2015

  • grudzień
  • listopad
  • październik
  • wrzesień
  • sierpień
  • lipiec
  • czerwiec
  • maj
  • kwiecień
  • marzec
  • luty
  • styczeń
  • 2014

  • 2013

  • 2012

  • kategorie

    linki

  • ratunku! co robić?

  • MM

  • na zimno o dzieciach

  • brat z Cambridge

  • pjotruska - uwielbiam!

  • Dża

  • Don Pepego

  • rzutnik - filmowo

  • true colors - blog o kotach

  • KOCIA PRZYSTAŃ - zajrzyj, zakochaj się

  • sztuka mruczenia

  • filcova sova

  • © 2003-2007 copyright ownlog.com