23:17

Siedzę w poczekalni lecznicy. Wyobrażam sobie jak Maciek (właściwie to pan doktor, ale przez podobieństwo do mojego eks i przez zwyczajną sympatię - Maciek) wychodzi do mnie z niepewnym wyrazem twarzy, siada obok i mówi mi, że mu przykro i że nie udało się. Patrzę na swoje buty i kontempluję sznurowadła. Z zabiegowego dochodzi odgłos dłutka. Spoglądam na zegarek. Jeszcze czas. Maciek przechodzi obok, rozgniewanym gestem wyciąga jeszcze dwa narzędzia z szuflady, bez słowa wraca do pracy. Oddycham przeponą.

Śmierć przychodzi znowu. Myślę o niej, kiedy oddycha mi się coraz trudniej, zaczyna kręcić się w głowie. Rytm serca przyśpiesza i wyklepuje coś nerwowo trzynastozgłoskowcem. Świat na chwilę skręca się i robi w zygzak. Zaciskam oczy i kiedy otwieram, wszystko wraca na swoje miejsce. Myślę o chłopcach z uśmiechem McAvoya, likierze cytrynowym i o sosnowym lesie, w którym dawno temu chciałam się zgubić, o pomarańczowych pallmallach i maleńkiej Paris w rękach G., o wszystkich orgazmach przeszłych i niedoszłych, o blaskach na wodzie i Islington Angel wieczorem. Myślę o tym specjalnie, bo to miłe myśleć o rzeczach miłych na koniec.
Umieranie jednak nie jest tak szybkie i proste. Popijam wodą pominiętą dawkę leków. W drodze do piżamy mijam wilka leżącego z otwartą szeroko paszczą.