Dom, dom, dom

20 marca 2012, 13:21 Komentuj (2)

Kocham mój dom.
Kiedy nie ma mnie w nim dłużej, to jest - jadę do Pana eM na kilka dni lub dużo pracuję lub jeszcze coś innego - czuję się nieswojo. Tracę siły. Wtedy wracam. Wracam intensywnie. Zaciągam się jego zapachem, śpię w ciągu dnia z kotem pomiędzy ramieniem a obojczykiem, słucham Charlesa Mingusa, wymiatam wszystkie kurze i ustawiam w rządku wszystkie książki, które wędrują pod moją nieobecność, wspomagane łapkami kota lub małego Mio.
Tam dom Twój, gdzie serce Twoje.
Tam dom Twój, gdzie kot Twój.

Bruno Schulz miał obsesję domu. Kiedy czuł się zagrożony, zalękniony, rysował domki, dużo domków, szybko. Ściany, dach, okna drzwi, ciach. Nie pamiętam gdzie to przeczytałam. Jestem Bruno Schulz. Nie mogę zamieszkać z moim chłopakiem, bo coś nie gra w jego domu.

Czasem przychodzą goście do domu.
Mam taką zasadę - nie wpuszczam nikogo, kogo nie znam z imienia i nazwiska - zasada wydaje się oczywista. Dlatego wszyscy, w tym ja, pytają "kto tam?"
Godzina 10:00, mam luksus w postaci możliwości wylegiwania się w łóżku, czytania książki i picia przesłodzonej kawy. Dzwonek do drzwi. Wstaję leniwie i zaglądam przez oczko zastanawiając się co mam na sobie i czy wygląda to na tyle przyzwoicie, by wpuścić kogokolwiek. Jacyś dwaj obcy faceci. No to nie muszę się martwić, nie otworzę. Ale ciekawość nie odpuszcza.
- Kto tam? - pytam.
- Dzień dobry! - odpowiada ten wyższy. To źle wróży - nawet nie wiedzą, że to ich gubi. Nikt o zdrowych zmysłach nie przejmuje się zasadami savoir-vivre'u stojąc u drzwi zanim nie stanie twarzą w twarz. Jak pytam, to odpowiada. A oni nie, czyli coś mi chcą wcisnąć. Ciekawe co.
- Dzień dobry. Spytałam kto tam! - a co, dam im szansę.
- Świadkowie Jehowy!
No proszę! Dało się? Muszą się bardzo silnie identyfikować z grupą, skoro nie przedstawili się nazwiskami. Zawsze w duchu pękam ze śmiechu, kiedy moja mama przedstawia się moim nowym przyjaciołom "mama Ewy", jakby zapomniała nazwiska. Z drugiej strony to miło, że tak bardzo mnie kocha i tak silnie się ze mną związała. To nieczęsty objaw jej przywiązania, zwykle udaje, że stoję w hierarchii niżej od postaci z seriali, które namiętnie ogląda. Ale wróćmy do scenki.
- Chcemy z Panią porozmawiać o przyszłości! - proponują mi Świadkowie Jehowy przez drzwi.
- Dzięki za troskę, ale nie bardzo mam ochotę - odpowiadam zgodnie z prawdą. - odchodzę od drzwi!
I naprawdę odchodzę. Co mają biedaki stać i się produkować.

Oddział drugi

22 marca 2012, 21:04 Komentuj (0)

Godzina 12:40 - miałam być na jedenastą. Szlag! - niebawem w spóźnialstwie zacznę przebijać Ryśka. Na szczęście tam gdzie idę nikt nie wie który jest dzień i godzina. Po woni spowijającej oddział neurologiczny domyślam się, że czas jest tutaj odmierzany za pomocą stolca. Odnajduję miejsce pobytu panny X, a właściwie to Takashi - tak, Takashi to ładne imię - jej łóżko umieścili pomiędzy bluzgającym Manfredem a zrzędliwą Haliną. Takashi zupełnie tutaj nie pasuje. Mała, szczupła, z bandą loków na ślicznej główce, skulona w swoim szarym t-shircie... Nawet w pampersie jej do twarzy. Zupełnie senna, tak, najwyraźniej senna - stwierdzam po braku reakcji na dłoń odsuwającą jej włosy z twarzy.
- Trzydzieści jeden? - pyta przez sen.
- To możliwe - odpowiadam. - A co?
Na jej twarzy maluje się wyraz skupienia. Otwiera oczy, przesuwa je po lampach, po suficie. Liczy?

- W chuj - stwierdza w końcu. Myślę, że to całkiem sprytna odpowiedź. Uważam za słuszne uzmysłowić jej, że nikt nie wymaga od niej znajomości liczby ani lamp szpitalnych, ani liczby dni miesiąca, ani niczego innego. Zastanawiam się czy zarejestrowała moje przyjście.
- Pamiętasz mnie?
- Tak, Wiwi - stwierdza nie patrząc nawet, z nutką wyrzutu w rodzaju "jak możesz zadawać takie głupie pytania". Wraca do liczenia. Rozglądam się jednocześnie wieszając kurtkę na krześle (olewam szatnie) i kładąc torbę na podłodze (olewam przesądy). Na pościeli zauważam plamy krwi, które nie zdążyły jeszcze zbrązowieć. Oglądam Takashi dokładnie, podobne plamki widzę nad jej brwią (chusteczka nawilżająca załatwia sprawę) i o wiele więcej w zgięciu łokcia, tam gdzie wkłuto jej wenflon. Takashi nic nie wie o krwi, wydaje się zdziwiona, że krew istnieje i nawet krąży w jej ciele. Najbardziej istotne są liczby. Wpadam na pomysł, by spytać ją czy wie ile ma czerwonych krwinek w litrze krwi, ale w ostatniej chwili gryzę się w język. Konwersacja z resztą byłaby niemożliwa przy zrzędzeniu po lewej i nasilających się awanturach z prawej strony. Pielęgniarka ogląda wenflon Takashi i uspokaja mnie, że nic się złego nie dzieje. Manfred - po żałobie za paznokciami zarówno rąk jak i nóg wnoszę, że górnik - żąda uwolnienia. Pragnie gorąco spaceru. Jego ręka i noga jest przypięta do łóżka skórzanymi pasami. Pacjent rzuca kurwami na lewo i prawo, manipuluje przy pasach.
- Masz, napij się, Takeshi - przytrzymuję kubek. Robię cokolwiek, poję, czeszę ją, opowiadam co na dworze, cokolwiek, żeby utrzymać jej uwagę, bo widzę cień świadomości w jej oczach. Patrzy na mnie i uśmiecha się.

- Dwadzieścia? - pyta mnie.
- Ale co?
- Ile mam palców?
- Po pięć u każdej kończyny czyli masz rację, dwadzieścia.
- Nie dwadzieścia cztery?
- Nie, dwadzieścia.
- Trzydzieści?
- Czterdzieści? - podejmuję zabawę.
- Pięćdziesiąt? - pyta rozbawiona Takeshi.
- Pięćdziesiąt jeden?
- Sześćdziesiąt... cztery?
Najwyraźniej dzisiejszy dzień w szpitalu sponsorują liczby. Klucz do skomplikowanych równań matematycznych jest głęboko schowany. Nagle ogarnia nas wesołość, czuję to trochę tak, jakby rozumiała mój głupi żart, trochę jakby na chwilę dano jej szansę spojrzenia na mnie i samą siebie trochę z boku, szansę autorefleksji i autoironii.
Kiedy już myślę, że wróciła, hałasy sąsiadów przybierają na mocy i moja mała zaczyna odpływać. Manfred koniecznie chce dołączyć do konwersacji, a zazdrosna Halina koniecznie chce, żeby ktoś dał jej pić. Manfred wychyla się zza parawanu (niechybnie uwolnił się z pasów) i oświadcza, że on już więcej pić nie będzie. Boże, ratuj, jestem w cyrku. Albo w jakimś głupim sitcomie.
- Znowu się odkrywasz skarbie, czemu jesteś taki niegrzeczny? - rzuca pielęgniarka. - Obiad przyjechał.

Trzeba zjeść, zwłaszcza że nic nie zjadła rano. Idzie nam jak po grudzie, ale udaje mi się zmusić ją do uwagi i wcisnąć jej kilka łyżek zupy. Widzę szansę nakłonienia jej do zażycia tabletek. Przelatuje mi przez myśl sposób, w jaki wciska się tabletki kotom: otwiera się im pyszczek naciskając na punkt złączenia szczęki z żuchwą, wrzuca tabletkę na tylną część języka i zamyka szybko pyszczek zaciskając na chwilę nos. Szybko go odrzucam. Nie chcę jej do niczego zmuszać. Po pół godzinie wszystkie tabletki są już w niej. Okazuje się jednak, że nie na długo.

Znowu przychodzi mi na myśl kot mój.
KOT MÓJ:

Znalazłażem ciekawy sposób na podanie kotu tabletki przeciwko robakom: zgniata się tabletkę na proszek i miesza z odrobiną masła. Powstałą pastą smaruje koci pyszczek lub łapki. Kotek nie lubi być brudny, więc myje pyszczek/łapki i voilà! - tabletka połknięta.
Tak też zrobiłam, wysmarowałam kota pastą maślaną i zaczekałam aż zliże. Zlizał, po czym podszedł, spojrzał mi głęboko w oczy i rzyg! zwrócił pastę.

Do 15:30 Takashi nie odzyskała świadomości. Wpadła mi do głowy myśl przerażająca, którą natychmiast upchnęłam do głowy tak, jak nogą do szafy upycha się ciuchy przed wizytą kogoś, na kim chcemy zrobić wrażenie. Ta myśl sprawiła, że musiałam zanotować ten dzień. I przerazić się znowu pisząc ostatni akapit.




23 marca 2012, 13:40 Komentuj (1)

Absolutny leń.
Mam okno otwarte na wiosenne, pełne intrygujących zapachów powietrze. Wciągam je głęboko, jestem ćpunem. Nie wychodzę nigdzie tylko siedzę odurzona. Czynności wiązane: idę do toalety, myję kibel, wannę i umywalkę. Półtora roku temu myłam kibel za karę. Winą było rozpaczanie za Angolem, którego sama porzuciłam. Jak jest teraz? Odtwarzam w myślach jakiś zajebisty romantyczny film. Pewnie wielu myśli, że nie ma zajebistych romantycznych filmów, ale parę z nich, gdyby nie przewidywalne zakończenia i banalne dialogi, mogły by takie być. "Once" jest wcale niezły. Zastanawiam się czy Angol byłby tak bardzo interesujący, gdyby wszystko działo się w innym mieście, powiedzmy - w obrzydliwym Berlinie albo Katowicach. Tymczasem działo się w Londynie pachnącym panini, kawą i curry, w Londynie o kolorowych ulicach i pomieszanych językach, pełnym niespodzianek, flash-mobów, koncertów.
W Londynie z zacisznymi księgarniami na Stoke Newington, fancy-shopami i zabytkowym cmentarzem przerobionym na park, w którym wiosną szaleją ptaki. W Greenwich, gdzie latają kolorowe papugi, w parku St. Jameson, pełnym szarych wiewiórek i kasztanów. W mieście dziwów, gdzie prąd jest na kartę, zamiast kotów po śmietnikach włóczą się lisy, a od 12 do 14 ciężko znaleźć miejsce w kafejce. Wiele bym dała, żeby móc połazić po starych miejscach. Kiedy ostatnio tak myślałam i dałam się uwieść tej myśli, okazało się, że przeceniłam swoją pamięć: zapomniałam o potwornym, męczącym hałasie, całej masie przepychających się (wrzesień!) turystów i braku czasu moich zapracowanych przyjaciół. To ostatnie sprawiło, że szłam przez Londyn powoli, tak jak powoli poruszał się zagubiony balonik. Ten balonik.

Wspomnienia zawsze każą mi się zastanawiać nad ludzkim poznaniem tak, jak zastanawiali się fenomenolodzy.
Tutaj mam ich więcej:
http://ritual-de-lo-habitual.blog.pl/

Tymczasem otaczam się koktajlem możliwości, które daje mi świat. Mówię tak. Pomagam, uczę się, zmieniam się. Nie wiem jeszcze gdzie jestem.

Jak zachęcić do wolontariatu? ;)

26 marca 2012, 20:44 Komentuj (1)

Piękna, słoneczna niedziela, puste drogi. Nikt nie wstaje przed dziewiątą. Lubię sobie wyobrażać, że jestem na świecie zupełnie sama. Przez chwilę, ale to naprawdę przez chwilę, ta myśl sprawia przyjemność. Relaksuje. Raźno maszerując wchodzę między niskie bloki. Otwieram drzwi kociarni. Drzwi są podwójne. Przy tych drugich widzę już stęsknioną kocią mordkę. Nie czekając aż domknę drzwi, wdrapuje mi się po nogach (zawsze ubieram dżinsy) i rzuca w ramiona. Przytrzymuję kota jedną ręką, drugą próbuję wymacać włącznik światła. Jest. Witam się ze wszystkimi po imieniu, a także łapkami i noskami. Nawet z Amelią - zaleczyła już ładnie grzybka. Najpierw jedzenie - za każdym razem wydaje mi się, że przychodzę za późno, więc próbuję zmazać swoje winy otwierając jak najszybciej puchy. Potem przy wtórującym mlaskaniu sprzątam na spokojnie. Zaczał się "koci sezon": mamy wszystkie klatki zajęte - w klatkach jest kwarantanna i chorowitki. Są tam też panieneczki po zabiegach. Na przykład Jenny, od której śmierdzi gorzej niż od menela. Ponieważ nos mam o wiele bardziej wrażliwy niż wszystko inne, lecę do niej i sprawdzam klatkę krok po kroku. Kuweta czysta. Patrzę znacząco na różowe ubranko. Rozbieraj się mała. Mała ani myśli się rozbierać. Chce się bawić, koniecznie na leżąco, kiedy ja próbuję się dobrać do sznurków, schowanych tuż pod nią. Kiedy w końcu udaje mi się ściągnąć kubraczek pozabiegowy, doznaję szoku. Na skutek odwrotnego nałożenia kubraczka kotka ma w nim to wszystko, co powinno było znaleźć się w kuwecie. Dodatkowo jej rana posterylkowa nie wygląda za dobrze. Wygląda wręcz tragicznie. Pozwalam jej trochę się polizać, ale karcę delikatnie, kiedy próbuje gryźć szwy. Trudno to robić szukając jednocześnie drugą ręką telefonu w torebce. Sytuacja awaryjna, trza dzwonić do kierowniczki. Szlag! Nie mam telefonu, nie zabrałam z domu - jak mogłam?! Widocznie jakoś mogłam. Błyskawicznie planuję akcję: zabezpieczyć kotkę choć na chwilę, żeby opóźnić wygryzienie szwów, jak najszybsze dotarcie do domu, wypranie ufajdanego kubraczka (pakuję do torby dodatkowe rękawiczki) i skontaktowanie się z kimkolwiek, kto może naprawić kotka. W głowie wygląda idealnie. Wdrażanie planu to męka. Jenny pięknie leży, mruczy i daje sobie dezynfekować brzegi rany oraz nałożyć opatrunek. Próba obandażowania zostaje jednak oprotestowana, a pacjentka umyka do transportera, którego kratki ktoś wyciągnął i położył obok. Oczywiście nie zauważyłam tego wcześniej. Wpadam w czarną rozpacz i myślę sobie, że nie nadaję się. Nie potrafię postępować z kotami. Nic mi się nie udaje. Dół, dół, dół. Kotka w końcu daje namówić się na opuszczenie kryjówki, jakby chciała mnie pocieszyć. Bandaż zostaje w środku transportera. Najwyraźniej tracę czas na próbę zabezpieczenia szwów. Szybko do domu, dzwonić, prać, suszyć, z powrotem.
Lecę na skrzydłach. Pomaga mi Mache, pociesza, prasuje ubranko kiedy ja próbuję się dodzwonić, zawozi mnie, pomaga mi nakładać strój, kiedy ja trzymam i obracam niespotykanie cierpliwą kotkę. Udaje się ją zabezpieczyć. Wracamy do domu. Padam na łóżko i wyłączam się na kilka dobrych godzin. Marzec mnie wykończy.

cytując

05 kwietnia 2012, 22:00 Komentuj (0)

Ujął mnie dziś jeden tekst:

" Bóg dał nam Paryż, Wenecję, architekturę secesyjną, zegarki i zegary Art deco
dał nam poziomki, zamglone świty za oknem kawiarni,
sklepy
dał nam Tomasza Manna oraz Prousta
a także wrzosowiska Irlandii oraz wymyślił bilard i nastolatki
i tysiąc innych rzeczy jak wodospady, Boską Komedię,
fajki, wiersze Rilkego, ulice wysadzane platanami na południu,
amerykańskie samochody z lat czterdziestych,
pióra Mont Blanc, przewodnik po Grenadzie oraz
Koniaki, Giny, Whisky i Bordeaux
na pewno nie w tym celu
żeby człowiek siedział przez osiem godzin dziennie w pracy
.....jak jakiś chuj."

/bash.org.pl/

Utracone szanse, Jezus, śmierć

04 maja 2012, 21:36 Komentuj (1)

Reminiscencja.
Jestem w kociarni. Przyszła mała Krystynka. Ma na imię zupełnie inaczej, ale kumpelka, której dziewczynka też wrąbała się na dyżur, tak właśnie usłyszała. Nie bardzo mamy ochotę na plątaninę małolaty, ale zastanawia nas jedno: ona nie ma koleżanek. I chodzi taka trochę brudna i dużo zmyśla. Wiemy, że zmyśla, bo plącze się w zeznaniach. Może jest trochę freakiem, może jest z jakiejś patologicznej rodziny, a może jest normalna, a dzieciaki ją odtrącają bo nie chodzi w ciuchach Cubusa i nie szpanuje iphonem? Trochę nam jej żal, a trochę mamy poczucie misji - na pewno to, co warto wpajać dzieciakom, to troskę o zwierzęta. No i Krystynka jest. Krystynka głaszcze koty, kiedy ja sprzątam im w boksach. Tym razem szybko się uwinęłam, muszę jeszcze spisać książki, które zostawiła przyjaciółka kociarni.
- Czytasz książki? - pytam małą od niechcenia.
- Czasem czytam, ale niedużo - odpowiada.
- Jakie książki najbardziej lubisz czytać?
- O Jezusie.
Jebs. Aleś zasunęła, Krystynko. Wyznanie roku. Potem sobie myślę, że kiedy byłam w jej wieku, to chodziłam na Drogę Krzyżową i Różaniec. I Roraty. Wszystkie dzieci czekały na koniec mszy, aż ksiądz wylosuje z koszyka karteczkę, na której napisane jest jedno nazwisko. Raz wylosował moje i mogłam mieć w domu glinianą Matkę Boską przez trzy dni! Yeah! Mówię Wam, ale był szał. Swoją drogą nauki Jezusa to sensowna rzecz, tylko to jego kółko rybackie trochę napsuło.

Nie wiem dlaczego myślę o tym teraz, o małej Krystynce, religijnym sztachnięciu w wieku cielęcym i o Jezusie, kiedy dociera do mnie sens informacji "Anoushka nie żyje". Czytam kilka razy. I to jest naprawdę. Myślę o utraconych szansach, jakie miała. Wysięk z oczu pół-persiczki nie musiał być znamieniem rasy, a kociego kataru. Mało jedzą zarówno koty chore jak i te zestresowane nowym miejscem. Tak chwaliłam ją, że jest spokojna i mruczy. Jeśli choroba zaatakowała mięśnie, po prostu niechętnie się ruszała. Mruczała, żeby "ułagodzić potencjalnego agresora", żeby nie atakował słabego kociaka. Te wszystkie "gdybym" i "gdybyśmy" doprowadzają mnie do obłędu. Nigdy, przenigdy nie pogodzę się ze śmiercią.

Kotka miała na imię Anoushka. Sama jej wymyśliłam.
I nie mogę już więcej pisać, wszystko jest słone i przestaję widzieć..

Ogród

11 maja 2012, 10:47 Komentuj (2)

Ogród. Mnóstwo interesujących zapachów. Miętka. Bez. Gnijące odpadki. O, ptak przeleciał! A teraz mucha! Łapać trzymać zjeść! I umyć się. O... Coś z daleka jakby... IDĄ!!!!! Gadają się, śmieją, na pewno przynieśli puszki. Hmmm.. Nie mogę zobaczyć z daleka co to - kurczak czy wołowina? Łapa na moim karku.
- Co ci się tak podoba w tych ludziach? Opanuj się, chłopie. Teraz dostaniesz żarcie, a odwrócisz się, to cię napakują śrutem, już ja ich znam.
- Ci nie mają wiatrówki. Domek mi zbudowali. I postawili taka fajną wieżę obserwacyjną!
- Dziś nie mają, jutro mają. Mówię ci, nie ufaj im. Mówi ci to stary doświadczony kocur.
- Ale oni są taaacy faaajni! Zobacz jak śmiesznie chodzą na dwóch łapach! I mają takie kolorowe futerka! I chcą się przyjaźnić... Oni mnie potrzebują! Nie tak jak ty, tylko mnie strofujesz. Że myszy łowię lewą łapą i że wchodzę na wysokie drzewa, z których ty nie potrafisz zejść...
- Dosyć! Czemu nie możesz być jak inne koty? Widziałeś kiedy żeby inne koty oswajały ludzi? Ludzie są nosicielami groźnych chorób! Możesz się zarazić, idioto! Gdzie idziesz, mówię?
Wracaj w tej chwili!
Powiedziałem!
Jeszcze jeden krok i możesz się tu więcej nie pokazywać!
Nigdy jeszcze nie widziałem kota, który tak by świrował na punkcie ludzi...

8 czerwca 2012

08 czerwca 2012, 10:45 Komentuj (0)

Oburzona mordowaniem bezdomnych zwierząt na Ukrainie, które to "uzasadniane" było potrzebą posprzątania i zapewnienia bezpieczeństwa na zbliżające się mistrzostwa Euro 2012, pierdolę Euro 2012.
Większość chyba zapomniała.
Ja pamiętam.

Najpierw nagonki tamtejszej prasy: stado psów zaatakowało kogoś wieczorem w parku, panuje wścieklizna, wataha psów zamordowała mężczyznę (psy po oględzinach okazały się być uzbrojone w noże)...
Mobilne krematorium, za pomocą którego w Lisicziansku utylizowano zwierzęta, bywało że żywe, tylko ogłuszone lub znieczulone środkami farmakologicznymi. Według doniesień prasy, w Kijowie i kilku innych miastach bardziej popularne było zabijanie zwierząt za pomocą trucizny, rozrzucanej po ulicach. Np. środkiem przeciwko gruźlicy, przez który psy konały w długich męczarniach. Zdarzało się, że ludzie zajmujący się zabijaniem zwierząt wręcz zwracali się do dzieci, którym lokalne stado psów ufało (bo dzieci je karmiły, czy bawiły się z nimi). Dawali dzieciakom parę hrywien po to by podały psu truciznę, bo pies im ufa.

W akcji masowej likwidacji psów zginęły także zwierzęta domowe, które się zgubiły, na które czekali w domu właściciele. W rowie pod Lugańskiem wolontariusze znaleźli psa z widocznym śladem po obroży. Okazało się, że był to pies, który pasował do opisu zwierzęcia, poszukiwanego w Lugańsku przez właścicielkę. Niestety na zdjęciu rozpoznała swojego dużego pupila. “Był spokojnym, łagodnym i dobrze wychowanym psem. Był kochany przez ochronę parkingu, opiekunów, kierowców. Był bardzo ufny wobec ludzi. Nie wiadomo ile podano mu trucizny. Cierpiał jednak najdłużej, był jeszcze w stanie się czołgać pod samochodem i ukrywać się, mając nadzieję na przetrwanie. Jednak trucizna spełniła swoje zadanie. Zabójca nie zabrał ciała psa. Martwy Miszka leżał dwa dni na parkingu”.

I do psów i do kotów wałęsających się po ulicach strzelano. 40 kilometrów od polskiej granicy, prowadzony był skup zwierząt. Za kilogram psich zwłok płacono ok. 5 hrywien, czyli dwa złote. Takie zakłady przyjmowały też żywe zwierzęta, które głodzone, w klatkach czekały tylko na śmierć. Nie jestem właściwie pewna co do słuszności zastosowania czasu przeszłego...

Prawo ukraińskie zabrania takich praktyk? Co z tego. Jak zakpiła ukraińska działaczka Swietłana Kalapun - "Po co wydawać pieniądze na schroniska, czy sterylizacje, skoro można wynająć myśliwych, czy wydać mniej pieniędzy na truciznę? Najprościej zabić i wtedy 'problem jest rozwiązany'. A pieniądze, które mogliby wydać na rzeczywiste rozwiązanie problemu, trafią do ich [urzędników] kieszeni". Tak właśnie władze Ukrainy rozumieją "humanitarne rozwiązanie problemu bezdomnych zwierząt". Prawa zwierząt? - komuś się w głowie poprzewracało... Na Ukrainie nawet nie ma państwowych schronisk, wszystkie schroniska są prywatne i przepełnione...

Pamiętam bezradny płacz normalnych, kochających zwierzęta Ukraińców, krzyk ludzi zajmującymi się tam prawami zwierząt: wielokrotnie zgłaszali milicji, że złamano prawo, że niehumanitarnie zabija się bezdomne zwierzęta, że konają w męczarniach. I zawsze niezmienna odpowiedź, że nie popełniono przestępstwa...

Pamiętam tłumaczenia władz, ich uchylanie się od odpowiedzialności, tuszowanie sprawy. "Ukraińscy urzędnicy, obiecując poprawę, po cichu kontynuują makabryczną praktykę. Twierdzą, że już nie eksterminują zwierząt, bo próbują ratować swoją pozycję na arenie międzynarodowej. Wiedzą, że o tych mordach mówi już cała Europa" (Monika Nowicka z organizacji Viva! Akcja dla Zwierząt).

Tymczasem w Polsce...
Co trzeci samochód ozdobiony polską flagą. Na każdym osiedlu już słychać trąbki kibica. Co druga znana marka ma nadrukowane logo Euro 2012 albo chociaż jakieś hasło związane z piłką nożną i kibicowaniem. Każdy chce czerpać korzyści z imprezy Euro 2012. W Auchan sprzedają babki opakowane i posypane pudrem w ten sposób, że przypominają piłkę. W Klubokawiarni Pod Spodem, w miejscu nota bene prowadzonym przez wielbicielkę zwierząt, każdy mecz będzie transmitowany na dużym ekranie. Dziś wszyscy się najebią, bo Polska, Polska, Polska! Biało-czerwoni! Będą kibicować, bo przecież Polacy tak świetnie grają w nogę...WOW, może nawet uda im się wygrać z Grekami...

Chce mi się płakać...

http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114881,10990518,Psy_zabijane__utylizowane_jak_smieci__Ukraina_przed.html

http://www.stopmordowaniu.pl/index.php/strona-glowna/

http://www.wprost.pl/ar/326244/Euro-2012-swieto-kibicow-masakra-psow-Video/

Powtórka

25 czerwca 2012, 10:57 Komentuj (0)

Miałam kiedyś chłopaka. Poznaliśmy się na urodzinach kumpla ze studiów i przegadaliśmy całą noc. Duże poczucie humoru, dużo ciekawych (nie pokrywającymi się z moimi) zainteresowań, ogromna wiedza i brązowe oczy, w których można było się zgubić (dokładnie tak samo, jak można się zgubić w lesie). Kilka dni po urodzinach zaprosił mnie na randkę, która trwała bardzo długo i trudno nam było się rozstać. I takie były nasze spotkania, bo on studiował w innym mieście. Trudno się poznać naprawdę, kiedy jest się niedzielnym gościem. Dziś myślę, że w ogóle się nie znaliśmy. Kiedy mieliśmy okazję przebywać ze sobą dłużej, na wierzch wychodziły rzeczy niepokojące. On coraz częściej żartował sobie z poezji, feminizmu i filozofii. Chyba nie muszę dodawać, że studiowałam filozofię, interesowałam się historią feminizmu i pisałam wiersze? Początkowo były to żarty w stylu: przerobienie wiersza Jachowicza tak, żeby opisywało znane nam wydarzenie i dawanie sobie medalu za tak wspaniałą twórczość, kawały seksistowskie (oczywiście nie pozostawałam dłużna i odpowiadałam na nie kawałami o facetach), droczenie się w związku z aporiami filozoficznymi - te rzeczy były do przyjęcia i jak to dawniej mówiłam, "kopały po mózgu", czyli zmuszały do aktywności umysłowej. Później, również w ramach aktywności umysłowej, kłóciliśmy się. Pardon, dyskutowalismy. Tylko zawsze tak jakoś było, że musiało wyjść na jego. Stosował wszelkie zagrywki rodem z "Erystyki" Schopenhauera, żeby wygrać. Nauczyłam się wtedy jednej rzeczy: asertywności. Nauczyłam się tego, bo zaczęło mnie męczyć przebywanie z nim: ciągłe udowadnianie mi że jest utalentowanym poetą, inteligentnym facetem, który zawsze ma rację, a do tego utalentowanym muzykiem (grał na gitarze tylko jednym stylem fragmenty numerów Iron Maiden i Misfits). Udowadnianie było męczące, ale wspiał się na wyżyny, kiedy zaczął budować swoje ego na udowadnianie mi jakim JA jestem zerem. Nie rozumiałam dlaczego, przecież szanowałam jego zainteresowania, nawet nauczyłam się kilka słów po szwedzku wiedząc, że ma fioła na punkcie tego kraju. Wydziergałam mu szalik w barwach Szwecji. Pilnie studiowałam "Wprost" i "Newsweeka", żeby móc pogadać z nim o nowinkach. Słuchałam cierpliwie jego grania, siedząc z nim w garażu - ja, jedyny słuchacz. To mu nie wystarczało.
Chciał mnie połknąć. Połknąć, wchłonąć, strawić i beknąć. No bo jakim prawem jego dziewczyna może uważać, że filozofia może się równać z innymi naukami, takimi jak fizyka czy medycyna. Jakim prawem zachwyca się wierszem bez rymów! I jak może trzymać sztamę z wariatkami, które chcą mieć połowę głosów w sejmie. Ostatecznie przegiął, przychodząc na wieczorek feministyczny i próbując tłumaczyć moim koleżankom, że źle rozumieją mechanizm działania miesiączki. Mówił do nas jak do pięcioletnich dzieci. Byłam wściekła i zawstydzona, choć to on powinien się wstydzić. Nie zerwaliśmy wtedy. Okazało się, że jestem od niego uzależniona. Trwałam w toksycznym związku. Miałam o sobie najgorsze mniemanie. Uważałam się za tępą, nie dość utalentowaną, ignorantkę o wąskich horyzontach. Byłam małym wstrętnym robakiem. Ale wkurzonym robakiem. Robakiem coraz mniej zaślepionym. Pewnego dnia leżeliśmy na jakimś zadupiu, myziając się trawkami. I nagle przyszło mi do głowy pytanie, ktore podświetlało się na czerwono i migało jak lampki choinkowe (choć było już prawie lato). Spytałam czemu właściwie ze mną jest. Dowiedziałam się o dwóch powodach. Dostarczałam mu rozrywki cielesnej i intelektualnej. No i jeszcze nie chciał być sam. Spakowałam swoje rzeczy i kazałam się zawieźć do domu. Pod domem zatrzasnęłam za sobą drzwi samochodu i nie odwracając się stawiałam szybkie kroki. Z każdym krokiem ulga. Nigdy więcej się nie spotkaliśmy. On nie próbował szukać ze mną kontaktu. Kolejne miesiące po tym wydarzeniu były najlepszymi miesiącami w moim życiu - tak muszą się czuć ludzie, którym powiedziano że mają raka, a potem dowiadują się, że ktoś w laboratorium pomylił wyniki i naprawdę są zdrowi. Albo ludzie, którzy dostali pracę marzeń. Albo tacy, którzy wygrali szóstkę w lotto.

Rozmyślałam sobie o tym wszystkim niedawno. Pomyślałam, że chciałbyś to przeczytać.

ella śpiewa "heaven, I'm in heaven..."

18 sierpnia 2012, 22:14 Komentuj (1)

..a ja czuję jaka jestem zajebiście samotna.
Mimo wszystko.
Nie o to chodziło mi w życiu.

Jedna tabletka dzieli mnie od stanu nieważkości. Mogę wtedy wejść nawet w przepaść.
Ręce nieoczekiwanie wypełnia mrucząca miękkość.

archiwum

  • 2018

  • 2017

  • 2016

  • 2015

  • 2014

  • 2013

  • 2012

  • grudzień
  • listopad
  • październik
  • wrzesień
  • sierpień
  • lipiec
  • czerwiec
  • maj
  • kwiecień
  • marzec
  • kategorie

    linki

  • ratunku! co robić?

  • MM

  • na zimno o dzieciach

  • brat z Cambridge

  • pjotruska - uwielbiam!

  • Dża

  • Don Pepego

  • rzutnik - filmowo

  • true colors - blog o kotach

  • KOCIA PRZYSTAŃ - zajrzyj, zakochaj się

  • sztuka mruczenia

  • filcova sova

  • © 2003-2007 copyright ownlog.com