Wróciłam

03 listopada 2015, 06:49 Komentuj (0)

Każdego dnia staję przy otwartym oknie i czekam.
Chłód wchodzi niepewnie i miękko jak kot.
Burczy ekspres. Zapalam papierosa. Liczę cuda.
Przedwczoraj sikorka siedząca naprzeciwko mnie, wczoraj wirujące lipowe noski, sfruwające prosto z nieba.
Dziś zachwycające kłęby dymu, strużką wsączające się w błękit.
Koniec spektaklu.

Kochany...

12 czerwca 2015, 19:21 Komentuj (0)

Widziałam Twoją twarz, kiedy rozmawiałeś z przyjaciółką przez telefon.
A wczoraj znowu. Rozmawiałeś z tatą. I z psem. Którzy są tak daleko od Ciebie i nie tak codziennie jak ja. Ja - chleb powszedni. Ja - nieporozumienia, kłótnie i gorzkie słowa. Ja - Twoje więzienie.
Ja wiem. Docieramy się, uczymy się siebie, wiem. Nie od razu Rzym zbudowano - wiem. Że jest czasem źle, po to, żeby było potem lepiej. Wiem.
Widziałam Twoją twarz odprężoną i uśmiechniętą. Twoje śmiejące się oczy. Nawet nie wiesz jak bardzo chciałabym, żeby Twoja twarz tak wyglądała, kiedy rozmawiasz ze mną. Jak bardzo.

Droga

22 maja 2015, 13:43 Komentuj (0)

Postawiłam wszystko na szali tej chwiejnej wagi. Gdzieś we mnie, w środku, ktoś chce pójść tą drogą. Chce bardzo.
A wiadomo, że jak czegoś nie wolno, a bardzo się chce, to można. Tam, daleko, On przygotowuje się jak do podróży na Księżyc. Kupuje i pierze nowe ciuchy, starannie wybiera przedmioty zanim włoży do walizki. Przypomina mi to trochę mój wyjazd do UK. Życie w jednej walizce. Cały bagaż. I obok, w rozgardiaszu, bagaż, który zostaje...
Wiem, że jest roztrzęsiony, że najmniejsza rzecz może sprawić, że opuści go odwaga. Zaciskam oczy i kciuki. Koncentruję myśli na wspieraniu. Zupełnie nie myślę o tym, jak to będzie wyglądało w codziennych rytuałach. Po prostu wierzę. Wtulam się w niego mocno na dworcu autobusowym. Brakujący element krajobrazu przestaje niepokoić. Świat wygładza się z każdym krokiem do domu.

Dzień 10

21 kwietnia 2015, 06:05 Komentuj (1)

Budzę się otoczona kotami. Łapka na twarzy, głowa pod moją dłonią. Jeden z prawej, jeden z lewej, jeden na mnie. Poranek się mną opiekuje. Głaszczę futro zastanawiając się czy to na pewno moja ręka. Dotykam siebie, żeby poczuć różnicę. Słabo. Mam niższe napięcie mięśniowe. Ciało jest trochę obce. Słabną bodźce. Menstruacja przyszła bezbolesna.
Dotąd prawie nie jadłam. W niedzielę pierwszy sensowny posiłek. Wczoraj obiad. Odczytuję to za plus. A to co w sercu? - pytam. W drodze do i z pracy namierzam młodych dobrze zbudowanych mezczyzn i wszystkich ludzi w spodniach moro. Mechanicznie. Myśli zajmują mi niewydarzone wydarzenia.

Dzień ósmy

19 kwietnia 2015, 14:55 Komentuj (0)

Zapamiętałam fragment snu. Wolałabym nie pamiętać, ale patrzę na to optymistycznie. Zapamiętałam, czyli odpoczywam. Nie wpadam w czarną otchłań tylko jestem gdzieś. W czasie, przestrzeni, w myślach, w obrazach.
Chodzę do pracy i pracuje mi się rewelacyjnie. Jestem spokojna i skupiona. Dzieciaki przytulają się do mnie nie wiedząc, że ratują mi tym życie. Uśmiecham się do nich z prawdziwą wdzięcznością.
Potem w tramwaju drętwieję. Wchodzę po schodach i jestem w domu. Rozpierdol w pokoju. Lodówka, w której psuje się nietknięte jedzenie. Karmię i poję koty, zmieniam żwir. Zamiatanie wyczerpuje limit moich możliwości fizycznych na ten dzień. Odpływam czekając na następny dzień. Życie się wymyka.

Piąty dzień

16 kwietnia 2015, 08:05 Komentuj (0)

Ciąg dalszy.
Uciekam przed schizofrenią emocjonalną mężczyzny, w którym pokładałam nadzieję. Widzę, wciąż widzę w jego sercu światło, ale za bardzo się boję. Pokazał mi co potrafi, a jeszcze tak krótko się znamy. Kpiny, drwiny, wyzwiska, potem przeprosiny i w końcu szantaż emocjonalny. Wiem ile kosztuje uwolnienie się od toksycznej energii osoby, która raz kocha, a raz niszczy i nienawidzi. Widziałam to już, patrzyłam jak ktoś taki rani bliską mi osobę. Wystarczy. Doświadczać nie chcę. Mam ochotę wyskrobać sobie serce nożem kuchennym.
Nie wiem czy tabletki antydepresyjne pomagają mi w przeżywaniu porażki, czy gnębią bardziej. Ostrzegano mnie, że na początku mogę czuć się gorzej. Ja i on czujemy się tak samo. Obydwoje jak na kacu. On - bo realnie cierpi, w jego mniemaniu to ja go zraniłam, ja - bo na spontanie wpakowałam się w iluzję.
Tabletki mnie wyciszają. Gdzieś bokiem uchodzi ze mnie gniew. Jestem smutna, ale nie przeżywam tego tak dramatycznie.
Mam dużą potrzebę snu. Śpię gdzie tylko się da i kiedy się da. Żyję po to, by spać. Czekam na dalszy ciąg. Na lepsze jutro. Na jakiś cud, nową energię, która mnie obudzi.

M.O.

10 kwietnia 2015, 08:18 Komentuj (0)

Dwa tygodnie objawów podobnych do grypy, a po nich zaburzeń kardiologicznych, dwa tygodnie snucia się resztkami sił po przychodniach i izbach przyjęć, gdzie jestem o mały włos od złapania świńskiej grypy. Lekarze patrzą na mnie jak na idiotkę, wyniki badań mam wzorcowe. Nie mogę złapać oddechu. Kręci mi się w głowie. Serce trzepocze. Mogę tylko leżeć. Sprzątanie, zakupy, spacer po parku są ponad moje siły. Zapominam gdzie coś położyłam, co miałam zrobić, zostawiam nowy laptop w tramwaju. To ostatnie przeżywam szczególnie. Kłamię ojcu, że potrzebuję numer MAC i dokładne dane komputera na papierze, bo coś się zepsuło... Nie umiem mu powiedzieć, że tak głupio go straciłam. Kontaktowanie się z zajezdniami i z policją jest niczym przybijanie gwoździ do trumny. Zapisuję rzeczy na karteluszkach, które gubię. Mam lęki. Małe porażki przezywam gorzej od śmierci. Śpię jakbym nigdy nie spała. Śpię jakby w snach miało nadejść zbawienie. Nie chodzę do pracy i nie wiem jak długo to potrwa.
Zbawienie chyba w końcu nadchodzi, wykorzystałam jakiś roczny limit snu. Zaczynam się ogarniać, sprzątam na półkach - w domu i w głowie. Jestem spokojniejsza, wracam do pracy. Kiedy pracuję, trzymam się prosto. W domu jakby ktoś podciał mi nogi. Nie daję się. Biorę suplementy, piję więcej wody zamiast kawy. Uczę się oddychać. Tworzę sobie bazę filmów "rescue". Tworzę plan niezbędnego minimum do wykonania na jeden dzień. Wracam do nauki angielskiego. Coraz lepiej się skupiam. Spotykam się z ludźmi. Jakiś mężczyzna podrywa mnie na przystanku. Dziwne objawy mijają same. Mimo że czuje się dobrze i zupełnie wracam do formy, chyba jakiś geniusz we mnie umawia wizytę do psychologa.
Opowiadam o tym co było. Opowiadam spokojnie, bez stresów, płaczu, prawie na zimno. Łatwo mi. Właśnie poznałam kogoś w sieci. Jestem zupełnie pewna, że widzę wyraźnie, kryształowo. Że widzę kształt miłości. Całkowicie ufam sobie.
Psycholog, to psychiatra właściwie stwierdza depresję. Jestem zaskoczona, że objawy somatyczne są jej częścią. Wracam do domu z tabletkami i jakąś wizją przyszłości. Ja nie wiem skąd się bierze depresja. Ale wiem że walczę o siebie. Oddaję nowopoznanemu serce ot tak, bardzo łatwo. Sama siebie zaskakuję. Wystawiam się na cios. Stawiam wszystko na jednej szali. Widzę jak waga zaczyna się chwiać. Ciąg dalszy nastąpi. Zawsze są jakieś dalsze ciągi.

Świniopas

19 lutego 2014, 13:22 Komentuj (0)

Historię Świniopasa znają wszyscy albo prawie wszyscy.

Był raz sobie Książę od słowika i róży. Ubogi, ale w gruncie rzeczy dobry chłopak, z fantazją i polotem. Nie wiadomo czy pewny siebie czy raczej naiwny, oświadczył się Księżniczce obsypując ją kwiatami. Dał jej wszystko co miał najcenniejsze, ale ona nim wzgardziła.

Przyszedł niebawem do pałacu wieśniak i poprosił o pracę. Kazano mu pasać świnie.
Świniopas naprawdę był księciem, ale Księżniczka o tym nie wiedziała. Tak się jednak złożyło, że Świniopas miał złote ręce, które potrafiły wyczarować piękne przedmioty. Omotał nimi Księżniczkę, buziaki szły setkami. Ojciec ich nakrył, wydziedziczył Księżniczkę i wywalił z dworu obydwoje.
Księżniczka pożałowała, że nie wyszła była za Księcia od słowika i róży, bo nie rozumiała, że na wszystkie rzeczy jest odpowiedni czas. On też nie rozumiał. Kiedy postanowił utrzeć jej nosa? Czy wtedy kiedy mu odmówiła ręki czy później? Po co te przebieranki? Chciał ją pozyskać czy od początku chciał udowodnić jej że jest głupią zołzą, którą potrafi zmanipulować jeśli naprawdę się postara? Kara dla próżności jest dość oczywistym przesłaniem, ale myślę często o tym, co stało się z czystym uczuciem Księcia-Świniopasa i jak długo pozwolił jej tam stać i moknąć na tym deszczu.

23:17

27 grudnia 2013, 23:56 Komentuj (0)

Siedzę w poczekalni lecznicy. Wyobrażam sobie jak Maciek (właściwie to pan doktor, ale przez podobieństwo do mojego eks i przez zwyczajną sympatię - Maciek) wychodzi do mnie z niepewnym wyrazem twarzy, siada obok i mówi mi, że mu przykro i że nie udało się. Patrzę na swoje buty i kontempluję sznurowadła. Z zabiegowego dochodzi odgłos dłutka. Spoglądam na zegarek. Jeszcze czas. Maciek przechodzi obok, rozgniewanym gestem wyciąga jeszcze dwa narzędzia z szuflady, bez słowa wraca do pracy. Oddycham przeponą.

Śmierć przychodzi znowu. Myślę o niej, kiedy oddycha mi się coraz trudniej, zaczyna kręcić się w głowie. Rytm serca przyśpiesza i wyklepuje coś nerwowo trzynastozgłoskowcem. Świat na chwilę skręca się i robi w zygzak. Zaciskam oczy i kiedy otwieram, wszystko wraca na swoje miejsce. Myślę o chłopcach z uśmiechem McAvoya, likierze cytrynowym i o sosnowym lesie, w którym dawno temu chciałam się zgubić, o pomarańczowych pallmallach i maleńkiej Paris w rękach G., o wszystkich orgazmach przeszłych i niedoszłych, o blaskach na wodzie i Islington Angel wieczorem. Myślę o tym specjalnie, bo to miłe myśleć o rzeczach miłych na koniec.
Umieranie jednak nie jest tak szybkie i proste. Popijam wodą pominiętą dawkę leków. W drodze do piżamy mijam wilka leżącego z otwartą szeroko paszczą.

my ordinary day

27 października 2013, 14:43 Komentuj (0)

Spoglądam zza zmrużonych powiek przez listki melisy. Czas wstawać, o czym informuje mnie już to pęcherz, już to koty tłukące się w klatce. Specjalnie odwlekam moment karmienia, żeby nie skojarzyły mojego wstawania z jedzeniem. Gorący prysznic, szybkie, niechętne śniadanie. Większe ze sobą, do torby. Suszenie włosów, łykanie tabletek. Nadprogramowo rutyna, witamina ce i paracetamol. Szybkim krokiem w stronę przystanku. Trudno iść szybkim krokiem, kiedy wkoło tyle nęcących barwami liści. Podnoszę tylko pięć i widzę numery oddalającego się autobusu. Dzwonię, że się spóźnię, że są korki. Mam rację, bo we Wrocławiu o tej porze zawsze są korki.
A ja mam korek na ścianie w wynajmowanym pokoju. I Korkiego Taczer w klasie. Ma na imię Damian, ale zdrabniamy jego imię "Demonek".

7:30 - Demonek wchodzi do klasy z naburmuszoną miną. Oho! Lewą nogą wstał Demonek. Właśnie się idzie pobić z kolegą, który go wczoraj nieumyślnie popchnął. Pani towarzyszy mu niczym cień. O krok za nim ciałem, o krok przed nim duchem.

8:00 - Demonek wkurwiony, że pani nie pozwoliła mu się pobić z kolegą, miota się, wymachuje rękami i kopie. "Masz mnie natychmiast puścić! I żeby mi to było ostatni raz, bo pożałujesz!" wrzeszczy do pani czerwony z wysiłku. "Wszystkich was nienawidzę! NIE! NA! WI! DZĘ!". Spóźnione matki z niepokojem patrzą na panią, trzymającą od tyłu wijącego się w dzikich spazmach Demonka. "Odsuńcie się od niego, dzieci" mówi opanowanym głosem (tabletki ziołowe Labofarm) pani. Poinstruowane dzieci nie śmieją się, nie patrzą w jego stronę. Pani czeka aż mały się zmęczy, ale wygląda na to, że się nie doczeka. Trzeba odwrócić jego uwagę.

Jeden-dwa, jeden-dwa.
Pewna pani miała psa.
Trzy-i-cztery, trzy-i-cztery
pies ten dziwne miał maniery.
Pięć-i-sześć, pięć-i-sześć
wcale kości nie chciał jeść
siedem-osiem, siedem-osiem
wciąż o lody tylko prosił
dziewięć-dziesięć, dziewięć-dziesięć
kto mu lody te przyniesie?

Ja! Ja! - zgłasza się Demonek i siódemka innych dzieci. Pani mówi, że wybiera najgrzeczniejsze i pokazuje Zuzię. Zuzia zaczyna od nowa wyliczankę. Demonek ma pani za złe, że go nie wybrała. "Przecież byłem grzeczny!" mówi obrażony. Pani pyta czy uspokoił się już na tyle, by go puścić. Demonek potwierdza. Pani wypuszcza dziecko. Demonek wylicza razem z resztą klasy. Tym razem pani wybiera Demonka, żeby nagrodzić go za ładne zachowanie. Zastanawia się, czy aby to dobra strategia, bo wszyscy pamiętają jeszcze jak dziesięć minut temu walił pięściami na oślep. Wie jednak, że Demonek nie wytrzyma kolejnej "niesprawiedliwości" pani.

8:30 - dzieci jedzą śniadanie. "Mam jabłuszko, proszę pani, niech pani zobaczy, mam jabłuszko!" - żąda uwagi Demonek, podczas gdy pani usiłuje sprawdzić obecność i wpisać temat zajęć. "PROSZĘ PANI! DANIEL MNIE UDERZYŁ!" - dociera do niej nagły krzyk. Szlag! Kiedy zdążył wyjść z ławki? Przecież siedzi w pierwszej! W ostatniej ławce nie lubią Demonka i na wszelkie sposoby usiłują mu dokuczyć. Łebskie dzieciaki widzą, że coś jest z nim nie tak. Ciągle psuje im zabawę, nie rozumie lub nie akceptuje zasad najprostszej zabawy. Nie ma markowych ciuchów, dziwnie się zachowuje, biega jak trzylatek, małymi kroczkami i z podkurczonymi ramionami. Łatwo go wkurzyć. Cały dowcip polega na tym, by zrobić to poza zasięgiem wzroku pani. Nawet małe dzieci zbierają się w nienawistny tłum, który chętnie zatłucze kozła. I właśnie to się dzieje. Tamci i tak są na wygranej pozycji, bo nie wolno się bić, tak stoi w regulaminie, który wszystkie dzieci podpisały palcem umoczonym w farbie.

9:15 - Zajęcia dydaktyczne. Demonek nie robi zadania. Pani podchodzi i pyta czy wie jak ma zrobić zadanie. "Nie będę robił tego zadania!" - mówi zdecydowanie Demonek. Próba wyperswadowania zadania to strata czasu. Pani ucieka się do podstępu i ogłasza konkurs na najpiękniej wykonane zadanie. Dzieci biorą się do pracy ze zdwojoną energią, Demonek olewa. Wychodzi z ławki i zaczepia dzieci, trąca ich w ramię i ucieka, próbując namówić, by go goniły. Z najodleglejszego końca klasy robi małpią minę i śmieje się głupkowato. Dwójka chłopców o najsłabszych charakterach zaczyna się kręcić na swoich miejscach. Lada moment do niego dołączą. Pani opanowuje sytuację. Pod koniec pracy okazuje się, że D. nie ma dziś ołówka, co jest dla niego oczywistym powodem do odmówienia pracy.

10:15 - szybko na dwór, zanim pani wybuchnie. Kilkoro dzieci wymaga pomocy, dwoje założyło buty na złą nogę, jeden założył kurtkę górą na dół. Pani zastanawia się jak to możliwe. A jednak. Proszę mi zawiązać szalik. Zgubiłem kluczyk! Proszę pani, on powiedział na mnie "dureń"! Trzeba jeszcze wziąć chusteczki, mokre i suche. Gdzie są klucze od placu zabaw? Cholera. Proszę pani, Demonek wyszedł na schody sam! Pani nie ma czasu brać czterech wdechów i wydechów. Leci po Demonka.

10:40 - Dzieci się bawią po instrukcjach od pani: nie wolno zwisać głową na dół, zjeżdżać na śledzia ze zjeżdżalni, wchodzić na zjeżdżalnię inną drogą niż schodki, bawić się w berka na wysokich urządzeniach. Zamknęła drzwi i oddycha. Kątem oka zauważa, że Demonek nie zmienił obuwia i właśnie wbiegł w największą kałużę obuty w sandały.

11:30 - klasa myje ręce i ustawia się w pary na obiad. Demonek na końcu zaczyna się przepychać z kolegami, twierdzi że stał przed nim. Trzeba mu wymierzyć karę, że tak bezczelnie się wepchał. Pani już tam jest. 1:0 dla Demonka, trzeba było od razu brać go na przód. "Dzieci ze żłobka lepiej się zachowują" - strofuje chłopca pani.
W połowie drogi Demonek nie chce trzymać pani za rękę. Chyba dotarł do niego sens jej słów. Postanawia, że najlepsza pozycja na ten moment to siad w kucki. Pani ciągnie Demonka przez połowę korytarza. Demonek dostaje szału. Chóralne "DZIEŃ DOOOO..." przeplata się z "NIENAWIDZĘ!". Pani wyprowadza D. ze stołówki, gdzie klasę przejmuje druga pani. Jak dobrze, że jest druga pani. Po obiedzie czeka już na Demonka, pardon Damianka, mamusia. "I jak tam dziś Damianek?" - pyta. Pani nie wie co odpowiedzieć.

Po pracy szybko do weterynarza. Na Legnickiej czeka się dwie godziny w kolejce - czasem płaci się, nie pieniędzmi, za troskę o pupila i trafną diagnozę. Po pół godzinie wszyscy się w kolejce już znamy i wymieniamy uwagami - kociarze kocimi, psiarze psimi. Lekarz wygląda z gabinetu i prosi o zachowanie ciszy. Uciszamy się, spłoszeni.
Besia kradnie serca jedno za drugim, zupełnie niechcący. Tylko chce się troszkę pomiziać. Wyciąga łapki, chwyta nimi moją twarz. Zagląda w oczy, daje buziaka. Ociera się policzkiem o policzek. Ugniata łapkami kolana. Kręci w kółko aż znajdzie dobre miejsce, kładzie czarny pyszczek na łapach i spogląda zalotnie na pacjentów i opiekunów. Opiekunowie rozmiękczeni, wtapiają się w niewygodne krzesła. Rozdaję numer telefonu "Mamy 64 koty do adopcji..." Odstawiam kotkę na miejsce i wreszcie mogę jechać do domu. Sprzątam kuwetę, nakładam zmieloną wołowinę, która zdążyła się już odmrozić. Sama jem ryż z warzywami. Piję kawę, ale w połowie zasypiam.
Budzę się z odgniecionym policzkiem, na dworze ciemno.
Nie wiem która godzina. Is it time for sleeping yet? No. No. No. No. No. No.

archiwum

  • 2015

  • listopad
  • październik
  • wrzesień
  • sierpień
  • lipiec
  • czerwiec
  • maj
  • kwiecień
  • marzec
  • luty
  • styczeń
  • 2014

  • 2013

  • 2012

  • kategorie

    linki

  • ratunku! co robić?

  • MM

  • na zimno o dzieciach

  • brat z Cambridge

  • pjotruska - uwielbiam!

  • Dża

  • Don Pepego

  • rzutnik - filmowo

  • true colors - blog o kotach

  • KOCIA PRZYSTAŃ - zajrzyj, zakochaj się

  • sztuka mruczenia

  • filcova sova

  • © 2003-2007 copyright ownlog.com